napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: wtorek, 29 lipica 2008 , 18:55:42
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Dwa i pół.
Edit:29.08.2008
Kochani,
niestety, ale jak narazie zawieszam działalność na mylogu,
i ogółem działalność Potterowską.
Zafascynował mnie świat 'Naruto', dlatego też pełną parą zabrałam się za tworzenie czegoś nowego w mojej główce,
i tak powstał blog destiny-of-shinobi na blog. onecie. ;)
Notki jeszcze nie ma, ale przygotowania ruszają pełną parą.
A tu wrócę, obiecuję, jak tylko mylog przestanie 'skakać' , a moja potterowska-wena powróci.
Pozdrawiam i zapraszam na 'shinobi' ;)
Lau
-------------
Wiem, zajęło mi to trochę więcej aniżeli półtorej tygodnia! Ale są wakacje!
W poszukiwaniu odpowiedzi, część druga
Brooke uniosła wzrok znad pierwszego tomu i wyszczerzyła się do brata.
-To masz niemały problem, braciszku, bo z tego co podejrzewam ten dom jest robotą MUGOLI, więc…
-Oh, siedź już cicho.- warknął Barty siadając obok niej i od niechcenia kartkując tom drugi.- Brooklyn.- dodał z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy.
Dziewczyna przygryzła wargę i nieco pobladła. Już kiedyś spotkała się z taką reakcją.
Stara Tiara Przydziału odśpiewała swoją pieśń, nie omieszkając wspomnieć o zagrożeniach świata zewnętrznego czyhających na uczniów po opuszczeniu murów szkolnych (miało to związek z jakimś czarnoksiężnikiem o bardzo dziwnym imieniu, jednak niewielu uczniów wzięło jej słowa na poważnie) i konieczności zjednoczenia się wszystkich czterech domów. Mała Brooke stojąca w zwartej grupie, pośród swoich rówieśników, prędko stwierdziła, że to, co proponuje im Tiara jest głupie i niewykonalne. Zjednoczenie się z głośnym rozczochrańcem i jego przygłupim, pewnym siebie kolegą, którzy o mało co nie wywrócili ich łódeczki, było po prostu niemożliwe, irracjonalne i sprzeczne z ogólnie przyjętymi normami. Na pewno nie trafią do jednego domu, to fizycznie niemożliwe.
-Black, Syriusz.
Brooke usunęła się nieznaczne na bok wiedząc, że stojący kilka osób za nią chłopak będzie przeciskał się tak, by wyjść z tłumu tuż obok niej. Nie myliła się. Na wszelki wypadek, gdyby ewentualnie przeoczyła jego obecność, Syriusz szturchnął brunetkę łokciem w żebro. Brooke syknęła cicho. Z pewnością nie było szans na przyjaźń między tą dwójką.
Zanim nie spotkała nierozłącznego teamu Black- Potter, z domieszką Lupina i od czasu do czasu przylepą- Pettigrew, była pewna, że odnalazłaby się w każdym domu, nawet jeśli stara Tiara przydzieliłaby ją do tak nisko cenionego Hufflepuffu, jednak wyżej wymienieni panowie, a zwłaszcza ‘napuszony duet’, jak z radością zdążyła ich nazwać, wyprowadzili ją z błędu. Gdziekolwiek nie trafiliby ona nie znajdzie tam dla siebie miejsca.
Profesor McGonagall, kobieta o dość srogim spojrzeniu, omiatająca nim całą salę, nałożyła Tiarę brunetowi na głowę, która od razu opadła mu na oczy zasłaniając widoczność. Nie minęła jednak chwila, a Stary Kapelusz rozdziawił ‘usta’ i w Wielkiej Sali można było usłyszeć donośny, jak gdyby doprawiony zaklęciem Sonorus krzyk ‘GRYFFINDOR’.
Syriusz Black, dumny z decyzji Tiary, ruszył ku stołowi lwa, którego zaskoczeni uczniowie z dość spóźnioną reakcją zaczęli oklaskiwać ich nowy nabytek. Jedynego Blacka, który nie trafił do Slytherinu. Brooke Crouch skrzywiła się. Dla niej pozostały tylko trzy domy, Gryffindor z całą pewnością nie jest jej pisany.
-Colett, Ashley.
Z tłumu pierwszoroczniaków wstąpiła niższa od większości kolegów z roku o pół głowy szatynka, z pozoru nie rzucająca się w oczy. Brooke jednak dostrzegła w niej małą bohaterkę i kogoś kto uratował im w pociągu… pośladki.
Kiedy jakiś dowcipny trzecioklasista, był puchonem, Brooke widziała kiedy jego opiekunka, profesor Sprout, wraz z woźnym, którego godności nie zapamiętała, wymierzali mu jakąś karę kiedy już dotarli do zamku, zamknął przedział zajmowany przez same koty (Colett-Crouch-Nott-Rollins-Seidler) skomplikowanym zaklęciem, które uniemożliwiło im wyjście, Ash wykonała parę zgrabnych ruchów różdżką i wypowiedziała formułkę brzmiącą podobnie do ‘Aria jest chora’ uwalniając ich. Brooke przysięgła, że przy najbliższej okazji spyta koleżankę o to zaklęcie.
Ashley miała na głowie Tiarę jeszcze krócej aniżeli Black Syriusz. Trafiła do domu Roweny Ravenclaw.
-Crouch, Brooklyn.
Dziewczynka zamarła. Przed oczyma zobaczyła już kpiące uśmieszki ‘kolegów’ z roku. I owszem, kiedy odwróciła się dostrzegła TEN wyraz twarzy u Pottera, a mogła się założyć, że gdyby spojrzała na stół Gryffindoru Black uśmiechałby się w ten sam sposób.
Podeszła do stołka, jednak zanim usiadła postanowiła wszystkim coś wyjaśnić.
-Mam na imię Brooke. B-R-O-O-K-E- przeliterowała głośno.- To pomyłka, pani profesor.
-Najwyraźniej.- odrzekła nauczycielka odnotowując w pamięci córkę Blaeberry i Barty’ego, którzy nie mięli talentu do dobierania imion.
-Brooke?
-Bartemiuszu Crouch, Juniorze.- warknęła wracając do rzeczywistości i spoglądając na siedzącego obok brata.- Fakt, że matka miała kaprys, by rozwinąć TO imię, nie oznacza, że przeznaczone jest do użytku ogólnego, więc z łaski swojej, daruj sobie nazywanie mnie w TAKI sposób.
-A Brooklyn Blaeberry?- spytał blondyn nieco odsuwając się od siostry. Dziewczyna ze świstem wypuściła powietrze, a gdyby spojrzenie mogło zabijać to Barty Crouch Junior leżałby martwy pod stołem, albo ewentualnie na krześle.
Atmosfera stała się nieco bardziej napięta. Rodzeństwo, na co dzień tak wzorowe kłóciło się o błahostkę. O imię.
Brooke wstała, z niemałą trudnością zebrała wszystkie roczniki i nie odzywając się słowem wyszła z salonu. Barty jeszcze długą chwilę spoglądał na schody na których zniknęła jego siostra, zanim krzyknął:
-Oh, daj spokój! To były tylko żarty!
Młoda panna Crouch zaniosła roczniki do swojego pokoju, nie mając jednak jawnej ochoty na ich przeglądanie. Postanowiła jednak wykorzystać jakoś te lipcowe popołudnie. Przez dłuższą chwilę zmagała się z myślą o powrocie do wioski, jednak szybko wyrzuciła ten pomysł z głowy, jeszcze prędzej odrzuciła chęć wizyty w sypialni matki, tak dawno nie rozmawiały. Ostatecznie uznała, że mogłaby nareszcie wybrać się na strych, by przejrzeć pozostałości po tak tajemniczych właścicielach, mimo, że wcześniej powstrzymywała ją myśl o grzebaniu w rzeczach osób nieznanych. Jak się spodziewała, na strychu znalazła stertę rupieci przyozdobionych parocentymetrową warstwą kurzu. Zapomniała poprosić ekipę z Pokątnej o pozbycie się brudu.
Westchnęła cicho i żałując, że ma dopiero lat szesnaście, i aż CAŁY rok dzieli ją od bezkarnego posługiwania się różdżką poza wyznaczonym terenem (szkołą) wycofała się z pomieszczenia i usiadła na schodach.
-Mrużko- mruknęła spoglądając w dół.- Mrużko, wzywam cię.
Przed brunetką, z cichym pyknięciem, zmaterializowała się nieco zmarniała, choć zadbana skrzatka. Do małej i brzydkiej główki Mrużki dopiero po chwili dotarło, że znajduję się bardzo wysoko. Z przerażeniem złapała się barierki.
-Panienka wzywała, panienko Crouch?- spytała kłaniając się nisko, jednak nie puszczając ramy schodów.
-Oczywiście- odrzekła Brooke z litością spoglądając na skrzatkę.- Mrużko, masz pozbyć się kurzu ze strychu, ale tak by żadna z rzeczy znajdujących się w środku nie została zniszczona, rozumiesz?
-Tak, panienko Crouch, Mrużka rozumie. A jeśli Mrużka coś zniszczy, to się ukarze, panienko- odparła skrzatka mocniej zaciskając długie palce na barierce. Brooke kiwnęła głową i przepuściła Mrużkę na strych.
-Jeśli Mrużka coś zepsuje, będzie musiała stać tutaj, przez długi czas, nie mogąc niczego się złapać. Ale wolałabym, żeby nic nie zostało zniszczone.- mruknęła na odchodne, po czym jeszcze raz odwróciła się do sługi.- Możesz wezwać do pomocy Pucybuta, on lubi sprzątać.
Skrzatka twierdząco kiwnęła głową, po czym ochoczo wzięła się do roboty. Była to jedna z niewielu spraw o których mogła decydować sama. Ale nie, nie wezwie Pucybuta, woli sama to zrobić, on przecież bywa taki niezgrabny, czasem gorszy od samego Niezdarka, tak jak wtedy, kiedy rozbił wazon pani Blaeberry.
Mimo późno-popołudniowej godziny, osiemnastej pięćdziesiąt dwie, słońce grzało tak jakby wciąż była dwunasta, dlatego chociaż jedynym widokiem z ogrodu była panorama Greate Topsham, Barty postanowił przemóc się i spędzić czas przed domem.
Rozłożył się na starym leżaku ojca, a tuż obok, na drewnianym stołku, rozstawił szkolne podręczniki. Nadszedł czas na odrobienie choć części prac domowych, a fakt, że robił to w słonecznym ogrodzie łączył przyjemne z pożytecznym.
Chwycił podręcznik od eliksirów, chcąc napisać coś na temat związku eliksiru rozdymającego i wywaru dekompresyjnego z zaklęciami o podobnym działaniu, które zadał im, jako wakacyjną powtórkę profesor Slughorn.
Oczywiście najrozsądniej byłoby wychwalać mikstury, a zaklęcia zepchnąć na dalszy plan, jednak jego zdaniem bardziej praktyczne było wymachiwanie różdżką aniżeli ważenie jakiś wywarów. Nie zważając na reakcję profesora, gdy przeczyta jedyne kontrowersyjne wypracowanie, zanurzył pióro w atramencie i zaczął tworzyć kolejne zdania na pergaminie.
Po półtorej godziny zapisał już prawie dwie rolki. Nigdy nie miał problemów z rozprawkami.
Spojrzał na resztę książek ze stolika. Nie wyglądało to dobrze, miał przed sobą jeszcze tyle pracy, a sierpień planował spędzić w domu przy Grimmauld Place numer dwanaście, gdzie byłby rozpieszczany przez Walburgię Black, tak jak jej młodszy syn, a jego przyjaciel Regulus. Pani domu wprost uwielbiała najmłodszego z Crouchów, którego poglądy były równe poglądom jej synka. Niestety w odróżnieniu do Regulusa, Barty musiał zupełnie kryć swój zachwyt czarnoksiężnikiem nazywającym siebie Lordem Voldemortem i chęci do wstąpienia w szeregi jego popleczników. Jedyne osoby znające poglądy blondyna znajdowały się w domu Blacków i Lestrangów, gdzie nikt głośno nie wspominał o tym, ze względów bezpieczeństwa.
Postawił ostatnią kropkę i zarzekając się, że później sprawdzi rozprawkę i wykluczy ewentualne błędy, bądź poprosi o to siostrę, wstał i zabierając ze sobą podręczniki, wrócił do salonu, by ponownie ‘skakać’ po mugolskich kanałach i przygłupich serialach.
-A ponoć nie tykasz mugolskiego.- ociekający kpiną głos siostry dochodził z przejścia między salonem, a kuchnią. Uśmiechała się jadowicie spod futryny.
Barty wyszczerzył się do niej.
-Czasem musimy. A teraz, Mrużko..
-Mrużka jest zajęta. Robi COŚ dla MNIE.- przerwała mu Brooke splatając ręce na wysokości klatki piersiowej. Wiedziała, że jeśli chodzi o przeszukiwanie strychu, dzisiaj za wiele nie wskóra, jednak ważne było by Mrużka pozbyła się tego całego brudu.
-Skoro tak to sam się obsłużę.- stwierdził Barty wstając. Minął siostrę i z szafki nad nim wyjął dwie szklanki, a ze stołu podniósł dzbanek z wodą. Nalał dla niego i Brooke, starając się być miłym dla brunetki.
-Dzięki.
-A tak swoją drogą ojciec musi zaopatrzyć nas w kolejne skrzaty.- stwierdził Barty opierając się o kuchenny blat.
-Jeszcze? Mrużka, Niezdarek i Pucybut ci nie starczają?- spytała Brooke unosząc brwi. Nagła zmiana tematu trochę ją zaskoczyła, jednak dłużej o tym nie myśląc wypiła łyk wody.
-Niezdarek cały czas gotuje, a Pucybut zajmuje się sprzątaniem. Tylko Mrużka jest na każde nasze zawołanie, choć…- zamyślił się na chwilę.- nie na każde. Dlatego potrzebujemy jeszcze kogoś.
Brooke udając zrozumienie pokiwała głową.
-To go poproś.
-Miałem nadzieję, że ty to zrobisz.- bąknął cicho, spoglądając na siostrę, która od razu roześmiała się i odłożyła szklankę na stół.
-Żartujesz?
-Nie, dlaczego? Przecież TY namówisz go na pewno. Mnie nie będzie słuchał. Siostrzyczko…
Prośby Barty’ego przerwało jednak ciche postukiwanie w szybę. Rodzeństwo, jak na komendę, zwróciło głowy w tamtą stronę i z ulgą odetchnęło, że nie jest to jedna ze szkolnych płomykówek przynoszących wyniki egzaminów klas trzecich i SUMów.
Barty jako pierwszy rzucił się do okna z nadzieją, że jest to wiadomość od jednego z jego szkolnych kolegów. Zawiódł się jednak, gdyż sówka z gracją wylądowała przed Brooke i wyciągnęła nóżkę z przypiętą wiadomością. Brunetka prędko zdjęła zwinięty pergamin i z braku jakiegokolwiek poczęstunku dla sowy (wszystko miała w swoim pokoju, w końcu czymś musiała przekupywać Kyane) podsunęła jej szklankę z wodą. Sówka huknęła tylko donośnie i obrażona, czy też nie, wyleciała przez wciąż otwarte okno.
Brooke rozwinęła pergamin. Dostrzegając znajomy charakter pisma zaniepokoiła się, jednak nie powstrzymało jej to przed przeczytaniem treści.
Brooke
mam zamiar odwiedzić Blaeberry drugiego sierpnia,
a ponieważ z powodu jej choroby…
Brooke skrzywiła się. Po raz drugi przeczytała tę samą linijkę.
a ponieważ z powodu jej choroby to TY pełnisz rolę
najstarszego członka rodziny (przecież Barty’ego Seniora
rzadko widać w domu), informuję właśnie Ciebie.
Mam nadzieję, że nie sprawię kłopotów.
Całuję, Anabella
Ps. Prawdopodobnie przybędę sama.
Dziewczyna spoglądała na list nie wiedząc co powiedzieć.
Prawdopodobnie przybędę sama oznaczało prawie tyle, co
Nie wiem, czy uda mi się z kimś zostawić dziecko, bo w domu sam nie zostanie, gdyż grozi to katastrofą. Wypuściła ze świstem powietrze i podała pergamin bratu.
-Przygotujmy się na wizytę Potterów.- rzekła zażenowana, nie dostrzegając zadowolonego uśmiechu młodego Croucha.
komentarze [14]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: czwartek, 3 lipica 2008 , 16:38:32
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Dwa.
Jeśli chcesz być powiadamiana/y o newsach to wpisz się do księgi.
Innych 'zgłoszeń' przyjmować nie będę
ale jestem stanowcza, nie? :D
Witajcie.
Jak widzicie jest to pierwsza część drugiego rozdziału,
dlatego na kolejny poczekacie góra półtora tygodnia,
aż postanowię dopracować część drugą.
Co mogę powiedzieć? Czytajcie.
No i nie zabijajcie mnie za wygląd biednej Sam,
tak jakoś wyszło. ^^
W poszukiwaniu odpowiedzi
Następnego dnia, po ponad miesięcznej ulewie, chmury opuściły swe dotychczasowe lokum, by ustąpić miejsca dość długo oczekiwanemu słońcu. Nikt nie spodziewał się poprawy pogody, ta jednak wszystkich zaskoczyła.
Garstka mieszkańców Greate Topsham, pozostałych w domach, prędko przywróciła miasteczko do życia, wychodząc na ulicę i zachęcając do wspólnych rozmów, czy zabaw na terenie parku, by choć jeden dzień wyglądało tak jak powinno- będące pełnym ciepła i potulnym dla miejscowych, czy przejezdnych.
Piękna pogoda pokrzyżowała plany przeszukiwania piwnicy przez Brooke, jednak spożytkowała ten czas równie dobrze spacerując chodnikami miasteczka, które mimo, że nie odznaczało się niczym szczególnym, na tle innych podobnych mieścin otrzymywało opinię miejsca urokliwego i wyjątkowego. Dlatego wizja spędzania czasu poza Wzgórzem tak bardzo nie przeraziła młodej panny Crouch.
Nowy mieszkaniec wzbudził spore zainteresowanie wśród tubylców, dlatego spacer nie należał do zbyt spokojnych.
Brooke została wręcz obsypana milionem pytań dość śmiałych, miejscowych dzieci, staruszek-plotkar, zazwyczaj śledzących poczynania mieszkańców zza okien swoich zabytkowych domów przy pomocy średniowiecznych lornetek, o dziwo starszych od nich samych, ciekawskiej młodzieży oraz kilku dorosłych. Jeżeli ktoś nie chciał podejść bliżej obrzucał ją jednym ze standardowych spojrzeń mówiących mniej więcej tyle co ‘wariatka’.
-Dom na Wzgórzu nie miał zbyt wielu chętnych kupców, he?- zagadnęła Brooke jakaś dziwaczna staruszka w połatanym, rozciągniętym swetrze i równie odrzucających spodniach obsypanych pokarmem dla gołębi, kiedy młoda Crouch weszła do parku.
-A niby skąd mi to wiedzieć?- spytała Brooke spoglądając na bose stopy kobiety i gołębie kłębiące się wokół nich.
‘Pycha’, pomyślała z obrzydzeniem.
Staruszka uśmiechnęła się ukazując swe ubytki w jamie ustnej i poklepała miejsce na ławce tuż obok niej.
-Usiądź, nabywco Domu na Wzgórzu, czeka nas ciekawa rozmowa.- oznajmiła skrzeczącym głosem w którym dało się wyczuć zachęcający ton. Brooke wzdrygnęła się na samą myśl o siedzeniu koło tej dziwacznej kobiety. Krótka wymiana zdań w zupełności jej wystarczyła. Zaczęła nerwowo tupać stopą o błotniste podłoże, przy okazji brudząc swoje czarne lakierki.
-Nie wątpię.- szepnęła krzywiąc się, po czym stwierdziła, już głośniej.- Przykro mi, spieszę się.
-Skądże znowu, masz sporo czasu. Zresztą sądzę, że historia, którą ci opowiem zainteresuje cię, i to bardzo.
Staruszka uznała to za przekonywujący argument, jednak Brooke nie miała jawnej ochoty słuchać bredni jakiejś nawiedzonej kobiety. Już dostatecznie nasłuchała się na wróżbiarstwie, gdzie wielbiona przez wszystkich, profesor Joyce, nie dawała im odetchnąć wciąż starając się wprowadzić klimat grozy przepowiadając śmierć to jednej to drugiej osoby. Na nieszczęście, bo wróżbiarstwo dotychczas mięli wspólnie z gryfonami, nikt jeszcze nie zginął.
-Niestety nie mam czasu, ale może zagadnie pani kogoś innego.- burknęła Brooke wskazując na spacerowiczów kręcących się niedaleko, starając się strącić uwagę staruszki z jej osoby. Kobieta jednak nie chciała dać za wygraną. Najwyraźniej należała do ludzi przygłuchych, bądź ewentualnie zupełnie pozbawionych rozumu, które to zamiast słowa ‘nie’ słyszą ‘tak’. Ostatecznie można ją było zaliczyć do osób cholernie upierdliwych.
-Moja droga…
-Wie pani, przepraszam, ale naprawdę, idę.- przerwała jej Brooke, starając się jak najmilej pożegnać kobietę i ruszyła dalej, przed siebie. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień, z dwojga złego wolała już babulki-plotkary obrzucające ją wiązanką uszczypliwych epitetów, aniżeli sfiksowaną staruszkę twierdzącą, że ktoś, kto zobaczy jej strój i, o wielki Merlinie, bose stopy upaćkane błotem zmieszanych z gołębią karmą, zechce z nią rozmawiać. Co prawda miało się to nijak do nauki w Hogwarcie, czy też ogółem do magicznego świata, jednak było męczące.
Spacerowanie znudziło się jej w momencie, gdy przez przypadek usłyszała rozmowę jakiejś przesłodzenie uroczej pary, co drugie słowo przypominającej partnerowi o swojej dozgonnej miłości. Jak gdyby nie słysząc tego co minutę byli skłonni o tym zapomnieć.
Czytając pomiędzy wierszami, pomijając ‘kocham się’ i odgłosy przysysania się do ukochanego, Brooke dowiedziała się o starych rocznikach zawierających informacje o niemalże każdym zakątku Greate Topsham gromadzonych w miejscowej bibliotece. Czyli, jak radośnie stwierdziła, również o Domu na Wzgórzu.
Nie zastanawiając się, czego później żałowała, ze względu na brak pomocy przy dźwiganiu rzeczy ciężkich, popędziła do budynku naprzeciw ratusza- Biblioteki Centralnej Greate Topsham. Skoro miała przeszukiwać rzeczy byłych mieszkańców domu, powinna wiedzieć kim byli, i dlaczego wyjechali pozostawiając po sobie wszelki dobytek, czy co tam się z nimi stało.
Biblioteka znajdowała się w pięknym, białym budynku pochodzącym gdzieś z osiemnastego wieku. Co prawda kolumny zostały przyozdobione podpisami miejscowych wandali, z którymi usilnie, choć nieskutecznie, starano się walczyć, jednak sama konstrukcja budynku robiła wrażenie.
Brooke uśmiechnęła się na myśl o zbiorach owego miejsca, które musiały być spore, zważając na czasy powstania budynku.
Wnętrze biblioteki wprost przerażało ludzi szukających krótkiej, lekkiej lektury do poczytania ‘w poduszkę’. Półki z niekończącymi się tomami wszelkich dzieł literackich stworzonych przez człowieka ciągnęły się wzdłuż ogromnej sali, jedna przy drugiej. Na dodatek wznosiły się aż do sufitu, dlatego przy każdym regale stała drewniana, ponoć stabilna, drabina zapobiegająca podskakiwaniu w celu zdobycia wybranego tytułu.
‘Nawet lewitując trudno byłoby sięgnąć szczytu’- pomyślała Brooke nie wiedząc, czy to oby pozytywne czy negatywne stwierdzenie.
Zdezorientowana dziewczyna rozejrzała się wokoło, czując ulgę, gdy dostrzegła pryszczatą bibliotekarkę usilnie starającą się ukryć swoje krosty pod sporą ilością pudru.
-Witaj. Chciałabym przejrzeć miejscowe roczniki. Mogłabyś mi je pokazać?- spytała Brooke krzywo się uśmiechając. Z reguły nie lubiła mugoli, uważała ich za rasę niższą, aniżeli jej, jednak były to głownie poglądy szkolne, jej arcyślizgońskich przyjaciół, wychowanych na kasie swoich staruszków.
W głębi duszy cieszyła się, że nie ma z nią rodzeństwa Carrowów, którzy najchętniej wymordowaliby całą populację Greate Topsham, czy też młodego Notta, który zabiłby jeszcze ją, za to, że wdaje się w dyskusje z ‘parszywymi mugolami’ i wybrała dom w miasteczku, gdzie wszelkie ślady magii zanikły wraz z pojawieniem się pierwszego mugola.
W domu Crouchów nie uczono nienawiści do mugoli, dlatego Brooke czasem odczuwała do nich nutkę sympatii, co było dość dziwnym zjawiskiem, zważając na przydział do Slytherinu. Co innego Barty. Chłopak idealnie wdał się w klimat małych wężyków i wpadł w sidła zwane ‘zupełnym ześlizgonieniem się’. W końcu przyjaźnił się z Blackiem i Lestrangem.
-Jasne.- odrzekła nieśmiało ruda bibliotekarka zaczesując nerwowo włosy za uszy.- Chodź za mną.
Dziewczyna nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat, dlatego Brooke tak bardzo ją onieśmielała. Ona, pracująca w wakacje jako pomocnica bibliotekarki, nie mająca wystarczająco dużo pieniędzy na jakieś dobre kosmetyki eliminujące trądzik, czy markowe ciuchy, na dodatek nienawidząca swoich rudych kłaków, stanęła naprzeciw dorodnej brunetki, co prawda nie do końca naturalnej, jednak umiejętnie ukrywającej swoje ubytki w urodzie, dość bogatej, by ubierać się w eleganckich, markowych sklepach, bądź kupić Dom na Wzgórzu. Brooke Crouch przytłaczała tą biedną mugolkę, która w milczeniu doprowadziła ją do regału z rocznikami.
-To jest dość przerażające.- mruknęła Crouch, po czym zwróciła się do speszonej bibliotekarki, poprawiając kant swojej spódnicy.- Słuchaj…
-Samantha.
-Brooke.
Dziewczyny podały sobie ręce. Było to dość niespodziewane zjawisko, wręcz niedopuszczalne w kręgach w których obracała się panna Crouch, jednak skoro nikt nie patrzył, mogła okazać odrobinę sympatii.
-Więc Samantho, mogłabyś pomóc mi znaleźć wszystko o Domu na Wzgórzu. Od jego powstania do czasu, kiedy opuścili go ostatni właściciele?
Sam podrapała się po głowie.
-Sporo tego nie będzie.- oznajmiła podchodząc do regału i przejeżdżając palcem po zakurzonych rocznikach.- Dom powstał osiemdziesiąt lat temu, w 1896 roku, a ostatni, zarazem pierwsi mieszkańcy, rodzina Hammond, opuścili dom pięć lat później. Wtedy urywają się jakiekolwiek informację o użytkowaniu Wzgórza, prócz roku 1945, ale nie będę opowiadać. Wszystko wyczytasz, choć za wiele nie znajdziesz.
Sam szybko uwinęła się z odszukaniem sześciu tomów roczników i położyła je koło Brooke.
-Mogę je zabrać na Wzgórze?
-Jasne.- odrzekła ruda uśmiechając się do dziewczyny.- Tylko założę ci kartę, no i dobrze byłoby gdybyś zwróciła roczniki przed upływem wakacji.- dodała pewniejszym tonem.
Towarzystwo Brooke przestało ją już w pewnym stopniu onieśmielać. Na pewno nie chciałaby towarzyszyć jej idąc przez miasteczko, byłaby zbyt przytłoczona faktem, że każdy przygląda się jej towarzyszce. I to niekoniecznie przez jej wygląd zewnętrzny, a miejsce zamieszkania. Ale sympatia, którą jej okazała dodawała jej pewności siebie.
-Jasne. Mam podać dane, tak?
Mieszkanie w mugolskim miasteczku znudziło go już pierwszego dnia, bo co miał robić sam ze sobą? Matka jak zwykle leżała u siebie, ojciec był w pracy, a Brooke wyszła parę godzin wcześniej, przejść się po tym ‘cholernym i splamionym’ Greate Topsham, i najwyraźniej nie planowała szybkiego powrotu.
Barty nie potrafił zrozumieć jak ślizgonka może akceptować mugoli, nawet jeśli okazuje to jedynie poza szkołą. Przecież to hańbiło dom Wielkiego Salazara.
Czasem miał ochotę nazwać siostrę hipokrytką, jednak nie robił tego ze względu na rodzinne więzi, miłość i takie tam.
W telewizji nie było nic ciekawego, tylko nudne, mugolskie wiadomości. Ale ile razy można słuchać o kolejnym morderstwie z użyciem broni palnej, czymkolwiek ona była.
Miał nadzieję na szybki powrót siostry, ale ta nadal nie wracała.
‘Co ona tam robi? Czyżby znalazła sobie mugolskich przyjaciół?!’- spytał sam siebie, po czym odrzucił tą myśl. Kto jak kto, ale Brooke tak nisko by nie upadła. Taką chociaż miał nadzieję.
Przekręcił się na fotelu, tak że zwisał głową w dół. Ziewnął.
-Mrużko.- Barty posunął się do ostateczności wołając swojego domowego skrzata.- MRUŻKO!
-Idę, idę, paniczu Crouch!
Barty z satysfakcją nasłuchiwał tupania rodzinnej skrzatki, zbiegającej ze schodów, co jakiś czas przerywanego przez głośne wciągnięcie powietrza.
Mrużka po chwili pojawiła się w drzwiach. Wyglądała coraz mizerniej, praca przy pani Blaeberry wyraźnie ją wykańczała. Jej nietoperze uszy nieco oklapły, a wyraz twarzy stał się bardziej żałosny niż zwykle. Jedynie jej wielkie, brązowe oczy nie straciły blasku [
‘i tego wiecznego wytrzeszczu’ pomyślał Barty tłumiąc w sobie chichot.].
-Czego życzy sobie panicz Barty, sir?- spytała niezmiernie skrzekliwym głosem kłaniając się tak nisko, że omiotła podłogę uszami.
-Chciałbym abyś znalazła Brooke.- oznajmił niewzruszonym tonem, wciąż zwisając głową w dół, choć powoli owa pozycja przestała być wygodną, jeśli kiedykolwiek taką była.
-Wszystko, co panicz rozkaże, sir. Ale czy to nie jest mugolskie miasteczko?- odrzekła zaniepokojona. Skrzatom nie było wolno pokazywać się mugolom.
-Owszem Mrużko, jednak…
-Jednak mojego braciszka nie interesuje żadne prawo. Powiem więcej, na złość ojcu złamałby każdą regułę… osobiście.
Brooke pojawiła się znikąd dźwigając sześć tomów bardzo ciężkich książek, które Barty zakwalifikował do mugolskich śmieci. Siostra rzuciła literaturę na stół, co zaowocowało dość głośnym ‘bum’.
-Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie powstrzyma.- skomentował Barty szczerząc do Brooke białe ząbki. Dziewczyna pomierzwiła blond czuprynę brata w geście potwierdzenia i przysiadła przy pierwszym tomie.
-Co to?- spytał Barty schodząc z fotela i nachylając się nad siostrą. Nigdy nie ukrywał ciekawości.
-Roczniki. Chcę się z nich dowiedzieć trochę o powstaniu tego domu i o tym co takiego się zdarzyło, że po pięciu latach mieszkańcy…- Brooke zrobiła dłuższą pauzę. Co właściwie stało się z mieszkańcami? Wyjechali, uciekli, zniknęli, zostali zamordowani? Tego też chciała się dowiedzieć.- rozpłynęli się w powietrzu. Pomożesz?
-Nie, dzięki. Mugolskiego nie tykam.
komentarze [13]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: poniedziałek, 2 czerwca 2008 , 21:25:36
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Jeden.
Dom na Wzgórzu.
„Żaden żywy organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości nie popadając w szaleństwo; są tacy, którzy twierdzą, że nawet skowronki i pasikoniki mają jakieś sny. Dom na Wzgórzu, szalony, stał samotnie pośród wzniesień, kryjąc w swym wnętrzu ciemność. Stał tak od osiemdziesięciu lat i mógł stać następnych osiemdziesiąt. Wewnątrz ściany wznosiły się pionowo, cegły ciasno przylegały do siebie, podłogi były mocne, a drzwi- starannie zamknięte. Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domu na Wzgórzu, a cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie.”
Shirley Jackson
„Dom na Wzgórzu”
Najbardziej deszczowy dzień tego lata dobiegał końca, by ustąpić miejsca równie pochmurnej nocy. Tegoroczne wakacje nie przyniosły ze sobą za wiele słońca, dlatego mieszkańcy Greate Topsham, niewielkiego miasteczka leżącego nieopodal Londynu, masowo opuszczali swoje domy, by cieszyć się czasem wolnym gdzieś w słonecznej Hiszpanii, czy też Portugalii.
Byli też i tacy, którzy uparcie ślęczeli przy oknach wierząc w poprawę pogody, mimo, że prognozy mówiły co innego; i ci którzy nie mając wyboru pozostali w domach.
Greate Topsham nie miało zbyt wiele do zaoferowania, zważając na fakt, iż liczyło sobie jedynie tysiąc dwustu mieszkańców i władze nie paliły się do budowania czegokolwiek ku rozrywce i uciesze miejscowych. Co więcej, burmistrz, sędziwy staruszek, wychodził z założenia, że skoro Greate Topsham niemalże sąsiaduje z Londynem, tym bardziej nie ma sensu dogadzać mieszkańcom.
„Pojadą, to się rozerwą”, powtarzał.
Greate Topsham rozpościerało się na terenie równinnym, porośniętym gęstym lasem składającym się głównie z sosen i świerków. W centrum miasteczka znajdowało się jednak jedyne w okolicy wzgórze górujące ponad wszelkim stworzeniem. Stał tam także dom. Dom na Wzgórzu.
Miejscowi rozpowiadali niestworzone historie o budynku, zaczynając od szaleńców zamieszkującym go osiemdziesiąt lat wcześniej, kończąc na wampirach i duchach odwiedzających go po dzień dzisiejszy.
Prawdą jest, że Dom na Wzgórzu nigdy nie pozostał martwy. Cokolwiek krążyło w jego starych murach przyciągnęło uwagę człowieka, który nie pasował do stereotypowego pojęcia szaleńca. Bo przecież tylko wariat chciałby tam zamieszkać. Jednak Barty Crouch dostrzegł tam coś niezwykłego (albo ktoś pomógł mu to dostrzec).
Zatrzymał auto tuż przy rozpadającej się bramie wjazdowej i w towarzystwie miejscowego handlarza nieruchomościami z niemałym trudem otworzył ją.
Coś co kiedyś nazywano ogrodem zarosło sięgająca już po kolana trawą, wszelkimi rodzajami chwastów i dziką różą wijącą się tuż przy bramie. Nawet geniusz nie odnalazłby ścieżki, która ponoć w czasach świetności Domu na Wzgórzu mimo swojej dość prymitywnej roli robiła spore wrażenie. Deszcz dodatkowo utrudniłby poszukiwania (choć i w najbardziej słonecznym dniu byłoby to nie lada zadanie).
Crouch rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok spoczął na budynku.
-Nie robi dobrego wrażenia.- mruknął pod nosem, po czym odwrócił się ku bramie.
-To prawda, jednak…
-Jej się podoba.
Barty spoglądał na brunetkę z uwielbieniem wpatrującą się w budynek. Kolejno pochłaniała każdy jego fragment, dziurę, brakującą dachówkę; Dom na Wzgórzu stał się jej największym pragnieniem.
Duży, zniszczony, ukrywający jakąś okrutną tajemnicę, przeszłość, zwrócony był przodem do głównego wjazdu miasteczka jak gdyby chciał kontrolować mieszkańców, nowych przybyszy i tych którzy opuszczali pobliskie tereny. Zaopatrzono go w modne w tamtych czasach okiennice, które teraz ledwo trzymały się w zawiasach zasłaniając wybite bądź niesamowicie brudne okna, charakterystyczne dla domów w których długo nikt nie mieszkał.
Deszcz zmył farbę, która ponoć kiedyś okrywała ściany budynku swą czerwoną barwą, wiatr zwiał pojedyncze dachówki, a schody prowadzące do głównych drzwi zostały pozbawione wielu stopni, ponad to po poręczy nie było już śladu.
Brooke nie mogła marzyć o lepszym domu, z dala od wszystkich, odstraszającym mugoli, perfekcyjnym.
Spojrzała na ojca, z którym po raz pierwszy od dłuższego czasu spędzała więcej niż pół godziny i twierdząco skinęła głową.
-Panie Callahan, wdaje mi się, że dojdziemy do porozumienia- stwierdził Barty, mimo wszystko chcąc uszczęśliwić córkę.
Ekipa od przeprowadzek uwinęła się szybko. Półtorej godziny po zakupie domu przez pana Croucha i telefonie oznajmiającym rozpoczęcie zmiany lokum wszystko, rozpakowane, znajdowało się na swoim miejscu. Byli to oczywiście fachowcy, rodem z Pokątnej.
Początkowo wnętrze domu odstraszało dużo bardziej aniżeli to, co można było ujrzeć na zewnątrz jednak po użyciu paru zaklęć parter i piętro otrzymały drugą młodość.
Piwnica i strych, po prośbach panienki Crouch pozostały nie ruszone. Chciała uporać się z tym sama, by choć w niewielkim stopniu poznać historię Domu na Wzgórzu.
***
Korytarze wiły się po całym domu, zapewne chcąc zmylić nieproszonych gości, jednak Barty Junior szybko się z tym uporał i spokojnie maszerował ku czerwonym drzwiom na końcu korytarza.
Nie pukał, nie musiał. Siostra nigdy nie miała przed nim tajemnic.
Pokój wyglądał niemalże identycznie jak w Willi Crouchów w dolinie Godryka, z tą różnicą, że siostra postanowiła pozostawić niektóre elementy starego wystroju Domu na Wzgórzu. Na suficie wciąż figurował stary żyrandol, a drewniane łóżko nie planowało zmieniać położenia, tak jak i okiennice na zewnątrz.
Biurko, fotele, lustro, zdjęcia, plakaty, czy kolor ścian zostały niemalże skopiowane.
-Masz tupet…- stwierdził Barty siadając na skraju łóżka, na którym Brooke leżąc na brzuchu sporządzała jakieś notatki.
-Co masz na myśli?- spytała unosząc głowę. Brązowe, falowane kosmyki opadły jej na twarz, przykrywając oczy przyozdobione okularami, które zakładała jak najrzadziej mogła. Barty uśmiechnął się pod nosem, po czym skinieniem wskazał na pokój.
-To wszystko.- mruknął splatając ręce na wysokości klatki piersiowej.- Kiedy coś chcesz, potrafisz być dla niego miła.
Brooke prychnęła i po turecku usiadła na łóżku.
-Gdybyś nie zauważył ojciec jest w domu tylko wtedy kiedy on bądź my mamy jakiś większy interes, problem, więc nie mów mi o materializmie…
-I tak jesteś materialistką.
-…kiedy nie mogę okazać mu innych uczuć.- dokończyła nie zważając na komentarz brata i ponownie wróciła do spożądzania notatek.
-Jakich uczuć?
-Innych- odburknęła Brooke nie odrywając wzroku znad pergaminu.
-Nienawiść, czy pożądanie?- spytał młody Crouch uważnie przyglądając się siostrze. Ta ponownie uniosła wzrok i przeszyła go pełnym troski spojrzeniem.
-Zapominasz, że to ty go nienawidzisz kochanie. Ja chciałabym mieć ojca.
-Ja też. Właśnie dlatego go nienawidzę.- odrzekł chłopak i cisnął w siostrę poduszką nie mogąc znieść jej matczynego spojrzenia.
-Słuchaj…- szepnęła przybliżając twarz do twarzy Barty’ego.- Na rozmowy o ojcu będziemy mieli cały rok.
-Jasne… komentując jego poczynania o których dowiemy się z gazet.
Brooke westchnęła i przewróciła oczyma.
-Nawet gdyby to nie pozwól by to wszystko zepsuło nam pierwszą noc w tym domu.
-Zepsuło ci.
-Nam Barty, nam.- rzekła puszczając mu oczko.- A teraz leć spać.
Chłopak mimowolnie się uśmiechnął.
-Stara wariatka.
-Dwa lata starsza, młody. Spadaj.
Barty ze zrezygnowaniem potrząsnął głową i o dziwo posłusznie opuścił pokój „o czerwonych drzwiach” pozostawiając siostrę samą sobie.
Choć gdyby dłużej się zastanowić zapominamy o możliwościach rzeczy martwych, zwłaszcza w tym magicznym świecie.
_____
przepraszam.!
wiem, ta przerwa była cholernie długa,
nie mam nic na swoje usprawiedliwienie...
zabijcie mnie.
Edit: 06.06.08r.
zmieniłam szablonik,
troszku jeszcze muszę nad nim popracować,
ale mi się podoba.
jak narazie ^^
pozdrawiam :D
Lau
komentarze [14]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: środa, 23 stycznia 2008 , 17:48:54
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Prolog.
Prolog
Ktokolwiek kiedykolwiek usłyszał nazwisko Crouch wiedział, o kogo chodzi. Była to jedna z rodzin wiodących w magicznym świecie, kontakty i te sprawy. Kto żył dobrze z Crouchami żył dobrze ze sporą częścią czystokrwistych starych rodów czarodziejskich. Można by ich porównać do Malfoyów czy Blacków, jednakże pana czy pani Crouch nigdy nie posądzono o styk z Czarną Magią. Co dopiero ich dzieci.
Pan Crouch, Bartemiusz, był niezwykle ułożonym człowiekiem i to on dyktował wszelkie reguły nie tylko w swojej rodzinie, ale i w świecie magii. Jako dyrektor departamentu przestrzegania prawa miał pod sobą wielu urzędników, którzy nie dość, że podziwiali go to także darzyli szacunkiem. Chodziły słuchy, że to on ma być kolejnym ministrem magii, na co reagował dość tajemniczym uśmiechem. Co tu ukrywać, tylko głupiec nie chciałby zostać taką szychą… głupiec i Albus Dumbledore.
Bartemiusz był bardzo zapracowany, dlatego po dość długich rozważaniach postanowił zakończyć karierę swojej żony, Blaeberry*, jako dziennikarki Proroka Codziennego, by choć ona odgrywała rolę dobrego rodzica w domu.
Berry po długich rozważaniach zgodziła się na taki układ, zwłaszcza, że jako poważny argument doszła jej choroba, śmiertelna. Pani Crouch pochodziła z dość starego rodu czarodziejskiego, w którym kobiety umierały na nieuleczalną chorobę, dlatego gdy na świat przyszło jej pierwsze dziecko, córka Brooke, kompletnie się załamała. Z pomocą męża powróciła do stanu „używalności”. „Przecież Brooke może być pierwszą nienaznaczoną”, powtarzał Barty.
Berry była drobną kobietą, dlatego mimo najszczerszych chęci przy wychowaniu dzieci pomagała jej skrzatka, Mrużka, która wykonywała także większość prac domowych, jak na sługę przystało. Dzięki jej pomocy, Berry mogła spędzać czas z dziećmi nie przepracowując się przy tym. Dwa lata po narodzinach Brooke, na świat przyszedł także Barty Junior, którego matka pokochała nad życie. Ojciec, co tu ukrywać, za bardzo oddawał się swojej karierze, by myśleć o dzieciach.
Brooke i Barty byli naprawdę wzorowym rodzeństwem, dziewczynka pokochała swojego młodszego braciszka od pierwszego wejrzenia, a chłopiec chcąc nie chcąc, może z przyzwyczajenia, może z przymusu odwzajemniał owe uczucia. Panna Crouch odziedziczyła po ojcu ciemne włosy, natomiast oczy będące mieszanką zieleni i przesadnie jasnego błękitu były dość ciekawą zagadką, biorąc pod uwagę fakt, że żaden z rodziców, co więcej nikt z najbliższej rodziny takowych tęczówek nie posiadał. Barty był idealną kopią matki, tyle, że męską: słomiane blond włosy i piwne oczy, blada cera, delikatne piegi na maleńkiej twarzyczce, „wykapana Blaeberry”.
Dzieci kochały swoją matkę, którą zawsze miały na wyciągnięcie ręki i to ona towarzyszyła im przy pierwszych krokach, słowach… ojca natomiast darzyły uczuciem silniejszym aniżeli miłość do matki. Był to niedosyt, tęsknota i chęć poznania, bo niestety, ale Bartemiusza Croucha najczęściej widzieli na fotografii.
Fragment wspomnień najbliższej przyjaciółki Blaeberry Crouch, Anabelli Potter.
***
-Mamusiu… czy ja naprawdę muszę się tak ubierać?
-A chcesz pomóc tatusiowi?
-To tatuś przyjdzie?- dziewczynka otworzyła usta ze zdziwienia i prędko wcisnęła się w różowiutką sukieneczkę ozdobioną milionem falbanek. Tak, dla pięciolatki obecność taty, którego widzi tak rzadko, że czasem zapomina o jego istnieniu jest wystarczającą motywacją do zrobienia czegoś na pozór tak strasznego.
Blaeberry zachichotała, po czym odwróciła się do swojego trzyletniego syna, którego uniosła i przytuliła do piersi.
-A Barty będzie cały czas trzymał się Brooke, prawda?
Chłopiec automatycznie pokiwał głową. Uwielbiał towarzystwo starszej siostry, tak go wychowano.
-Dobrze, więc Brooke…- kobieta ponownie zwróciła się do córki.- Nie spuszczasz wzroku z Barty’ego, ma być twoim oczkiem w głowie. Najlepiej gdybyście poszli do ogrodu, gdzie pewnie będzie większość dzieci.
-A tatuś?- spytała brunetka z nadzieją w głosie. Berry ze świstem wypuściła powietrze.
-Tatuś na pewno się z wami zobaczy.
Dziewczynka przytaknęła i spojrzała w lusterko. Warkoczyki zrobione przez Mrużkę wyglądały dość komicznie i przesłodzenie, jednak w tym momencie nie obchodziło jej to. Tatuś przyjdzie, tylko to się liczy.
Przyjęcia w domostwie Crouchów najczęściej odbywały się na świeżym powietrzu, z myślą o dzieciach i ich upilnowaniu, jednakże tym razem Barty Crouch postanowił przenieść się do domu.
Wszyscy dorośli skupili się w salonie kosztując najróżniejszych, wykwintnych wyrobów pani Crouch i Mrużki, natomiast dzieci pod opieką skrzatki bawiły się w ogrodzie.
-Pobujać cię, Barty?- spytała rozpromieniona Brooke wciąż czekając na spotkanie z tatą. Młody Crouch twierdząco pokiwał głową i wskoczył na huśtawkę. Dziewczynka zaczęła bujać brata.
Niedaleko, w ogródku, bawiło się rodzeństwo Blacków- Regulus i Syriusz, ganiając się między grządkami. Przy oknie zasiadły trzy siostry- Andromeda, Bellatriks i Narcyza, rozprawiając o czymś z przejęciem, natomiast panna i panicz Malfoy wypytywali znudzonego Rudolfusa Lestrange o różne, istotne dla nich rzeczy.
Wokół bawiło się jeszcze sporo dzieci, jednak ani Brooke, czy też Barty nie chcieli marnować czasu na zabawy, przecież tata był na wyciągnięcie ręki.
-Mamusiu…- Brooke niepewnie uchyliła drzwi sypialni rodziców. Drobna kobieta podparła się na łokciach i zaspana spojrzała na córkę.
-Nie możesz zasnąć, kochanie?
-Obiecałaś…- burknęła brunetka.- Tata miał do nas przyjść.
-Kochanie…
***
Jedenastoletnia Brooke ze smutkiem spojrzała na oddalającą się matkę i brata. Powinna się cieszyć, przecież tak bardzo marzyła by w końcu wyruszyć w tę niesamowitą podróż, do szkoły magii i czarodziejstwa, do Hogwartu, by spędzić tam kolejne siedem lat, ucząc się zaklęć, eliksirów i innych wymarzonych przedmiotów, zaimponować ojcu.
No właśnie, ojcu.
Barty Crouch nie pojawił się na dworcu, nie pożegnał dziewczynki, nie życzył wszystkiego najlepszego, nie wyrecytował jakiejś pouczającej formułki. Tata był w pracy, jak zwykle… tak jak i przez ostatnie jedenaście lat.
-Super.- burknęła Brooke, po czym z niemałą trudnością, biorąc pod uwagę pojemność jej bagaży, weszła do pociągu.
’Ty... to córka Croucha…’
‘Niemożliwe, to na pewno nie ona…’
‘Jak nie… Przecież w gazecie było zdjęcie noo… Ona, jej mama i brat!’
‘To skąd pewność, że to córka Croucha skoro go nie było na tym zdjęciu?’
‘Bo pisali!’
Brooke spojrzała na dwóch stojących za nią chłopców. Pierwszy, rozczochraniec z krzywo założonymi okularami nie zaprzątał sobie głowy faktem, że dziewczynka mogła cokolwiek usłyszeć i dalej szczerzył się do przechodzących obok osób, drugi, szczurkowaty blondynek prędko skulił się i niewyraźnie bąknął coś pod nosem.
Super.
***
-Mama jest chora?
Brooke i Barty spojrzeli ku sobie. Taka wiadomość w przeddzień powrotu do szkoły dla dziewczynki, i pierwszego wyjazdu do Hogwartu dla chłopca była szokiem. Kto będzie się nią zajmował, jeśli taty nie będzie w domu?
-Od dłuższego czasu…- dodał Barty niewzruszonym tonem.
-Świetnie- mruknęła Brooke, po czym wyszła z pokoju.
Dziękuję tato, że tak szybko nas informujesz.
Barty zajrzał do przedziału.
Siostra i jej znajomi, chyba nie będzie problemu., pomyślał i pełen determinacji zapytał:
-Można?
Brooke uniosła wzrok i uśmiechnęła się.
Już ma kolegów, stwierdziła, jednak nie wypowiedziała tego na głos, spoglądając na dwóch chłopców stojących za Juniorem.
Jeśli dobrze wnioskuje, ten pierwszy, czarnowłosy, to Regulus Black, a w takim razie, ten szatyn to będzie Rabastan Lestrange. Towarzystwo znalazł sobie wyborne.
-Jasne.
-Brooke, to twój brat?- spytała blondynka siedząca naprzeciw panny Crouch.
-Taa.
-Niepodobny.- skomentowała druga, szatynka, po czym puściła oczko do przyjaciółki.
***
-Mrużko…- Brooke przykucnęła przy skrzatce.- Czy mama i w tym roku wciąż siedziała w pokoju?
Skrzatka energicznie pokiwała głową.
-Tak panienko Brooke, pani Blaeberry już nawet nie śpiewa, panienko Brooke.
Brunetka ze świstem wypuściła powietrze.
-Tego się spodziewałam.
Uwielbiałam słuchać głosu mamy. Kiedy byłam mała często śpiewała mi i Barty’emu na dobranoc. Już tego nie robi. Oczywiście, wyrośliśmy z tego, bo kto by śpiewał szesnastolatce i czternastolatkowi przed snem. Jednak nie to jest powodem. Matka zachorowała, i może nie straciła swojego głosu, ale straciła coś ważniejszego- wolę życia.
____
Takie krótkie wprowadzenie.
Znowu nowa historia, mam nadzieję, że w tej roli wytrwam trochę dłużej… szkoda, że nie dokończyłam historii panny Vreeland, ale może kiedyś to zrobię.
Podoba się? Komentujcie. ;P
komentarze [31]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: środa, 25 lipica 2007 , 18:21:10
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:2. 'Niechęć'.
Notka miała być wcześniej, jednakże nie chciało mi się robić szablonu i się przeciągało. W końcu uznałam, że najpierw dodam notkę, a potem zmienię szablon [w przerwie między jedną, a drugą notką]. Reklama? Iza pisząca jako Claudia Polis.
Przepraszam, że na razie nie powiadamiam, powiadomię wieczorem.
Czytajcie. *pisane „na kolanie”, nie spodziewajcie się za wiele*
Była senna, jednak ilekroć zamykała oczy widziała siebie przed ślubnym kobiercem z bliżej nieokreślonym mężczyzną. Nie mogła zasnąć, by później obudzić się z myślą, że do poznania potencjalnego kandydata na męża pozostał jej tylko jeden dzień i parę marnych godzin.
Gdyby tak pojawił się książę, w złotej zbroi, na białym rumaku i zabrał ją z tego domu? Tak! To jest plan, wynajmie jakiegoś wolnego arystokratę, by ten za niewielką opłatą związał ją i wyniósł na plecach. Ostatecznie jest skłonna wyjść sama. Ale… nie. Obiecała ojcu, że zostanie w tym domu do jego powrotu, a jeśli nie to do za mąż pójścia, jej oczywiście. Tak, los bywa okrutny, jednak zawsze jest szansa na lepsze jutro. Cóż. Na lepsze jutro szansa to może jest, ale pojutrze jest skreślone. Przyjęcie!
Evelyn zakryła twarz pierzyną, po czym mimowolnie postarała się zasnąć.
Już mi niosą suknię z welonem.
Skrzat niepewnie zajrzał do pokoju Evelyn. Do tej pory owy teren był dla niego miejscem zakazanym, jednakże dzisiejszego poranka pani Malfoy rozkazała mu wejść do pokoju panienki, co więcej, obudzić ją, osobiście. Biedny Niezdarek, zawsze bał się piskliwej, napuszonej panny Vreeland, która na dodatek miała wieczne pretensje do stworzeń „niższej klasy”, czyli, w jej domniemaniu, do prawie każdego.
Jak najciszej mógł, stąpając na swych dość zaniedbanych palcach, ruszył w stronę łóżka dziewczyny. Bał się, i to bardzo. Panienka Vreeland wzbudzała w nim strach, co więcej niechęć, od czasu, gdy po raz pierwszy przekroczyła próg Malfoy Manor. Już wtedy była złośliwa, jednak jej charakterek wyostrzył się w ciągu tych kilku lat urzędowaniu w tym miejscu.
Minął toaletkę obładowaną milionem kosmetyków. Wolał nie wnikać w ich zastosowanie, zbyt dziwne i złożone przedmioty, jak dla niego.
Stanął przy łóżku. Evelyn nawet we śnie budziła w nim niepokój, a co dopiero po przebudzeniu. Wypuścił ze świstem powietrze, po czym wytrzeszczając swe ogromne oczy bardziej niż zwykle, szturchnął dziewczynę w ramie. Ani drgnęła.
-Panienko…- szepnął nachylając się nad twarzą Vreeland.- Niezdarek musi panienkę obudzić, panienko Evelyn.- wydukał skrzat. Niepewnie dotknął palcem policzka brunetki, jednak ta wciąż śpiąc strzepnęła jego „dłoń” uznając za jakąś namolną muchę.
Mimowolnie, nie zrezygnował. („Pani Malfoy ukarze Niezdarka, jeśli Niezdarek natychmiast nie zawiadomi panienki Evelyn”.)
-Panienko, pani Anastacia woła panienkę na dół, panienko Evelyn- kontynuował wciąż tykając palcem policzka dziewczyny. Zadziałało. Już po chwili, w pełni dobudzona Evelyn, wymyślała skrzatowi na temat jego niekompetentnych metod budzenia, brudnych paluchów zostawiających ślad na policzku, czy też nieświeżego oddechu, którego raczyła doznać, kiedy Niezdarek pochylał się nad nią.
-…a teraz idź się ukarać. Najlepiej byłoby gdybyś włożył głowę do muszli klozetowej i parokrotnie spuścił wodę, ale wybór pozostawiam tobie- warknęła świdrując skrzata wzrokiem.- Ma być srogo!- dodała dostrzegając cień ulgi na twarzy Niezdarka. Jego nietoperze uszy oklapły, a oczy prawie opuściły swe należyte miejsce.
-Niezdarek przeprasza, panienko Evelyn. Niezdarek nie powinien, Niezdarek…
-Wyjdź.- wydusiła przez zaciśnięte zęby, po czym odprowadziła skrzata do drzwi, wzrokiem.
I jak tu jej nie kochać?
Lucjusz Malfoy był człowiekiem o skomplikowanym charakterze, dlatego nikt nie był do końca pewien jego reakcji na poszczególne zdarzenia. Jedynym, co wiedział każdy, kto choć raz natchnął się na panicza Malfoya, było przesadne zamiłowanie do czystości krwi i równie przesadzone potępianie reszty społeczeństwa. Zdarzały się także przypadki osób czystokrwistych, których młody Lucjusz zupełnie nie trawił. Za przykład można wziąć chociażby Artura Weasleya, dość ubogiego rudzielca, który wywoływał w nim wstręt i politowanie. Była też Evelyn, jednakże stosunek do niej zależał od sytuacji. Kiedy siedziała cicho, oszczędzała komentarzy i udawała, że jej nie ma, nie istnieje uważał ją za osobę sympatyczną, którą mógłby nawet polubić. Natomiast wygadanej, głośnej, przemądrzałej i pyskatej Vreeland znieść nie potrafił. Szkoda, że tą pierwszą po raz ostatni napotkał kilka lat temu, gdy mała Evelyn zgubiła swojego kota.
-Przeszkadzasz mi w czytaniu- syknął Lucjusz przewracając oczyma na widok zniecierpliwionej Evelyn uderzającej palcami o kuchenny blat. Zlewało się to idealnie z deszczem bębniącym na zewnątrz.
-To miło Lucjuszu, naprawdę- mruknęła brunetka posyłając mu krótki, ironiczny uśmieszek. Wciąż uderzała w blat.- Jednakże twoja matka wołała mnie jakiś czas temu na dół, a do tej pory jej nie spotkałam, mimo, że czekam już od dwóch godzin.- dokończyła zirytowanym tonem.
Na twarzy Lucjusza pojawił się zarys uśmiechu. Złożył gazetę i położył ją na stole, przy którym siedział.
-Matka wyszła, po tym jak czekała na ciebie… trochę czasu.- oznajmił spoglądając na zegarek.- Dziwi mnie fakt, że czekałaś tak długo, zamiast poddać się po pięciu minutach, jak to zazwyczaj bywa.- dodał widząc naburmuszoną minę Evelyn. W jego głosie dało się wyczuć ironię i wyraźną niechęć.
-Otóż, dla twojej wiadomości, jutrzejszego dnia odbędzie się przyjęcie mające na celu znalezienie mi kandydata na męża, z czego się jak widzisz nie cieszę.- skomentowała przez zaciśnięte zęby, widząc otwarte usta Malfoya. Lucjusz roześmiał się w duchu. -Dlatego też zdawało mi się, że to jest ważne.- burknęła przestając bębnić o blat. Zmarszczyła czoło.
Chłopak spojrzał na nią z politowaniem. Mała, głupia Vreeland. Oczywiście wiedział, co chciała od niej matka, jednakże, czemu miałby jej powiedzieć? Na dodatek nie pytała.
-Wiesz czego ode mnie chciała?
A jednak. Chłopak tajemniczo się uśmiechnął.
-Wiem.- odrzekł obojętnym tonem, po czym ponownie złapał gazetę. Niebo przecięła błyskawica, co wywołało u Evelyn nie małe przerażenie. Bała się burzy, jednak nie przyznawała się przed nikim… zwłaszcza przed Lucjuszem.
Chłopak powrócił do czytania.
-Może mi powiesz czego chciała ode mnie twoja matka?- warknęła piorunując go wzrokiem. Lucjusz zignorował ją. Zrobił coś, czego nienawidziła. Ignorować? Ją?
-Nie to nie- burknęła Evelyn, po czym prychając i odwracając się do chłopaka plecami wyszła z kuchni. Najwyżej zwali winę na Lucjusza, który nie raczył podzielić się z nią informacjami, bądź na Niezdarka, który… też na pewno zawinił.
W domu było ciemno, co nie często zdarzało się w środku dnia, jednakże burza robiła swoje. Wspięła się po schodach i wpadła do swojego pokoju. Wyobraźcie sobie jej zdziwienie, kiedy dostrzegła, że ktoś siedzi na jej łóżku.
-Kto tam?
Peter wcale nie szczycił się tym, że Czarny Pan wyznaczył mu zadanie, wręcz przeciwnie, ogarnęła go melancholia, Bo cóż ma zrobić, kiedy jest tak… trudne? Wielu nie podjęłoby się tego zadania. On? Musiał.
Właściwie, nie mógł się nawet nikogo poradzić. Śmierciożercy nie darzyli go zbyt dużą sympatią, głównie przez niedawną przynależność do Gryffindoru, jak i ‘przyjaźń’ z członkami Zakonu Feniksa. Co więcej zadanie to było owiane tajemnicą, jedynie najbliżsi słudzy Czarnego Pana znali „plan działania Glizdogona”, a ci dopiero nie darzyli Petera sympatią. Jeśli ktokolwiek był dla niego miły, to albo ktoś zupełnie nie ważny dla Czarnego Pana, bądź osoba, która coś od niego chciała. Tak, czy inaczej nie mógł się nikomu wygadać.
W takich chwilach żałował, że wstąpił w szeregi Voldemorta, oszukując jedyne osoby, którym na nim zależało. Ale to już nie ważne, teraz liczy się zadanie. Może, by je nazwać? Ale jak? Poszukiwany? Nie, to zbyt mugolskie, może po prostu… Vreeland, tak… nazwie tę akcję „Vreeland”.
08.09.07
EDIT:
Ok... parę słów wyjaśnień. Zaniedbałam bloga, na to nie mam usprawiedliwienia, jednak... może tak. W sierpniu wyjechałam, ale nawet po powrocie nie mogłam sie zebrać do napisania nowej notki. Było parę podejść, jednakże każde kończyło się półstronnymi notatkami w zeszycie. Tak czy inaczej, wzięłam sie ostro i piszę... notka będzie za trzy, cztery... góra pięć dni.
No i przepraszam, że tak późno daje o sobie znać, jednak pomysł owego edytowania notki wpadł mi do głowy przed sekundą.
To chyba byłoby na tyle...
ah! kończe szablon [piątą wersję... inne odpadły w 'przedbiegach'].
Do zobaczenia.
Lau
komentarze [27]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: sobota, 30 czerwca 2007 , 17:20:36
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:1. 'Przysięga wieczysta'.
Nie uwierzycie, jednak znudziła mi się szata graficzna, zapewne przy kolejnej notce zostanie ona zmieniona [już trwają prace]. Chciałam dodać notkę jeszcze w czerwcu i mi się udało. Mamy czerwiec.
Dzisiaj bez dedykacji. Czemu? Bo panienka Lau ma taki kaprys.
Już lecę powiadamiać o notce. Ah i wielka prośba, zgłaszajcie się w księdze gości, dużo prościej jest was znaleźć.
No i dodałam te ‘dziwne liczby do przepisania podczas komentowania’, bo nie miałam ochoty walczyć ze spamerami, na bieżąco usuwając ich ‘wpisy’, o ile można to nazwać wpisami do księgi gości.
No to bez dedykacji, ale z reklamą.
Zapraszam na kolejnego bloga Lany-princess Malfoy, który zapowiada się naprawdę świetnie.
A teraz notka.
Długa.
*ahhh! i dostałam się do mojego wybranego liceum,
bądźcie dumni*
Strona po stronie.
Ręcznie szyta biała suknia, gustowny garnitur sprowadzony zza granicy, kosztowne wesele… wszystko by ten jeden dzień otrzymał miano najpiękniejszego do końca życia.
Pani Malfoy przewróciła kolejną stronę pamiątkowego albumu wypełnionego wyłącznie zdjęciami z jej ślubu. Pierwszy pomałżeński pocałunek, taniec. Kto by przypuszczał- Malfoyowie potrafili się dobrze bawić, co więcej, oni kochali.
Uśmiechnęła się pod nosem.
-Piękny dzień…
-Najpiękniejszy- poprawił małżonkę pan domu siadając obok. Położył dłoń na jej udzie.
Kobieta przesunęła album bliżej Abraxasa, by i on miał wgląd w zdjęcia.
-A Lucjusz wciąż nie może się zebrać…
-Anastacio, nie warto go popędzać- mruknął pan Malfoy przyglądając się małżonce.- Widzę, że z chęcią wybrałabyś się na jakieś wesele.- dodał po chwili dostrzegając rozmarzony wzrok Anastacii . Ta bez słowa twierdząco pokiwała głową.
Kolejne zdjęcie- Abraxas biegnie za Anastacią chcąc odebrać jej swoją muszkę, której najwyraźniej podstępem go pozbawiła.
-Lucjuszowi się nie spieszy jednak…- głęboki wdech. Naszedł czas by jej powiedzieć.
-Jednak?
-Evelyn.
-Przepraszam? Wydaje mi się, że nie dosłyszałam- syknęła kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa. Zamknęła album, po czym strąciła dłoń męża z uda.
-Kochanie, czas byś i ty dowiedziała się wszystkiego o umowie dotyczącej opieki nad Evelyn.
-Jak to wszystkiego? Przecież dokładnie wiem o co w niej chodziło, mamy trzymać tą dziewuchę w progach Malfoy Manor do czasu, gdy skończy szkołę- wyrecytowała Anastacia dumnie spoglądając na współmałżonka.
-No nie do końca.
Cała magia wcześniejszych wydarzeń, bliskość wywołana ślubnymi wspomnieniami gdzieś się ulotniła. Teraz nie było już państwa Malfoy, pozostała wściekła Anastacia i Abraxas, który ledwo trzymał nerwy na wodzy, powstrzymując się by nie wybuchnąć.
-Co proszę?!
-Słuchaj mnie uważnie- wycedził Abraxas przez zaciśnięte zęby, lecz wciąż potulnie.- I…- dodał po chwili widząc otwarte usta małżonki- nie przerywaj mi, dobrze?
Ironiczny uśmiech na jego twarzy, jak ona tego nienawidziła.
-Zgoda.
-Dziesięć lat temu, kiedy Christopher poprosił nas o tę niemałą przysługę, podczas pierwszej rozmowy, tuż po wyrażeniu zgody, zawarliśmy przysięgę wieczystą.- Abraxas zamilkł widząc trudności małżonki ze złapaniem oddechu.
„Przysięga wieczysta?! Co on…”, Anastacia wzięła głęboki wdech, po czym skinieniem głowy zasygnalizowała zgodę na kontynuację wywodu męża.
-Więc wracając do przysięgi, Christopher by mieć pewność, że Evelyn nie zostanie bez dachu nad głową postawił dwa warunki, które jako jedyne mogłyby, że tak to ujmę, odebrać nam Vreeland.- krzywy uśmiech na twarzy Abraxasa dał jej do zrozumienia, że zbliżają się do sedna. Anastacia przykryła twarz dłońmi.
-Kochanie?
-Mów dalej- warknęła wciąż nie odkrywając twarzy. Abraxas, choć niechętnie, posłuchał małżonki.
-Pierwszym, który jak sądziłem, niemalże prostym do spełnienia warunkiem, był powrót Chrisa i zabranie dziewczyny. Wydawało mi się, że pomieszka tu rok, najwyżej dwa lata, jednakże Christopher nie wrócił po dzień dzisiejszy.- kolejny ‘przystanek’. Sedno.- Drugi był bardziej skomplikowany. Ustaliliśmy, że jeśli Christopher nie wróci, jedynym możliwym sposobem, by pozbyć się Evelyn będzie wydanie jej za mąż, w innym wypadku zostanie pod dachem Malfoy Manor przez długi, bardzo długi czas.
Zamilkł.
Anastacia opuściła dłonie i sztucznie się uśmiechnęła. Dziwiło ją, że Abraxas mówił to z taką lekkością, jednakże wierzyła, że ma w zanadrzu jakiś plan.
-A jeśli nie wypełnisz przysięgi, zginiesz.- pisnęła, nie zmieniając wyrazu twarzy.
-Dokładnie.- odrzekł spokojnie pan Malfoy. Chcąc nie chcąc, niezależnie od sytuacji, wiedział, że Anastacia go kocha i nie wykorzysta tych wiadomości, by się go pozbyć. To zapewne nazywa się zaufaniem.
-Więc wnioskuję, że teraz mi coś zaproponujesz.
-Dokładnie.
Gdyby ktokolwiek w tym momencie spojrzał na Evelyn, uznałby, że została spetryfikowana, bądź przeszła silny zawał serca. Dla niej samej lepszym wyjściem byłby owy zawał, jednak taki, z którego nie zdołałaby się wyratować. Ewentualnie Avada, która nie pozostawiłaby wątpliwości, że nastąpił zgon.
-Vreeland?
-Mam nadzieję, że to zły sen- mruknęła odwracając się do państwa Malfoy tyłem i krocząc przed siebie. Jeśli to koszmar to powinna się gdzieś obudzić, a wolała w łóżku, niż przykładowo na podłodze.
-Czyli wszystko ustalone- rzekła szczęśliwa Anastacia uśmiechając się do męża. Abraxas odwzajemnił ten gest.
-Tak jasne, dobranoc- mruknęła Evelyn kładąc się na łóżku.
„Sen, sen… proszę niech to będzie sen…”, uszczypnęła się w rękę, ponoć pomaga w obudzeniu się. Nic.
Rozejrzała się po pokoju, po Malfoyach nie było już śladu. Czyli jednak to prawda, ale chwila. Czy ona nie ma prawa głosu? To w końcu jej życie, jej wybór, jej przyszłość!
Wstała.
-Liberum Veto- mruknęła pod nosem siadając przy stoliku. Jak oni śmią? Nie dość, że wczesnym rankiem, spojrzała na zegarek- wpół do trzeciej po południu, wyrywają ją z łóżka, to na dodatek ogłaszają, że za dwa dni pozna przyszłego męża, za którego wyjdzie rok później. Małżeństwo w wieku osiemnastu lat? Nigdy w życiu.
Złapała w dłoń czysty pergamin i pióro, którego końcówkę zanurzyła w kałamarzu.
Drea,
Twoje wujostwo znowu coś wymyśliło.
Jakie szczęście, że Kyane była w domu, inaczej musiałaby poprosić Abraxasa, bądź Anastacię o pomoc, albo co gorsza- Lucjusza, który zapewne w tej chwili popisywał się w swoim pokoju przed kolegami z pracy, bądź tymi ze szkoły, którzy odważyli się utrzymywać z nim kontakt.
Evelyn wstała i podeszła do sowy. Zwinęła pergamin, po czym przypięła go do nóżki zwierzaka.
- Andrea Malfoy- mruknęła, z przekąsem wymawiając owe nazwisko. Zastanawiało ją jak taka osoba jak Drea, może być spokrewniona z Abraxasem i Anastacią. Z Lucjuszem owszem, charakter, nastawienie, podejście do niektórych spraw, jednak żadne z dwójki kuzynostwa, nie narzucało nikomu swoich racji w sposób tak drastyczny, jak rodziciele blondyna.
Spojrzała na odlatującą sowę, powoli znikającą z pola widzenia. Głownie przez pagórek rozpościerający się wokół Malfoy Manor, jednak duży wkład miał także las będący granicą między ziemiami rodziny Malfoy, a „resztą świata, nieważną resztą świata’, jak to zwykła mawiać Anastacia. Zasłaniał widoczność.
Nie minęło pięć minut, a w pokoju dziewczyny rozległ się donośny huk wywołany aportacją Drei. Wyglądało to dość nieudolnie, dziewczyna niezgrabnie wylądowała na podłodze, po drodze strącając wszelkie rzeczy znajdujące się na stoliku, o który przypadkowo się obiła. Dopiero co dostała licencję.
Wstała i teatralnie strzepała kurz z ramion.
-Więc?- blondynka od razu przeszła do rzeczy. Tak, to ta cecha rodziny Malfoy dziedziczona przez każdego jej członka- ciekawość.
-Chcą mnie wydać za mąż…
-A to uroczo- Andrea skwitowała wszystko jednym zdaniem.- A teraz poważnie, co tak okropnego chcą ci zrobić, że potrzebujesz mej rady?
-Nie potrzebuje twojej rady, bo tu się nic nie da zrobić. Drea! Oni chcę mnie wydać za mąż, za dwa dni przedstawią mi potencjalnego kandydata i dają mi rok na oswojenie się z myślą, że to mój przyszły współmałżonek! Czy twoja rodzina zawsze miała takie chore pomysły?
-Zawsze- odrzekła niewzruszonym tonem Drea.
-Typowe…
-Evelyn, czy mogłabyś zacząć zachowywać się normalnie?- spytała Andrea uważniej przyglądając się przyjaciółce- Byłabym wdzięczna.
Niestety, jedynym co dostrzegła była rozhisteryzowana nastolatka, nie mająca żadnego planu, biegająca w środku dnia w różowej koszuli nocnej. Świetnie.
Andrea ciągnęła dalej.
-Gdzie schowała się cyniczna, sceptyczna, ironiczna, sarkastyczna…
-Stop.- Evelyn splotła ręce na wysokości klatki piersiowej.
-Sarkastyczna… Ślizgonka, będąca wzorem przesadzonej pewności siebie i terroru w Hogwarcie?
-Za ślubnym kobiercem.- burknęła Evelyn siadając na podłodze. To prawda w szkole była kimś zupełnie innym… nie, sprostujmy. Do każdej innej sytuacji podeszłaby z dystansem, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy, jednakże nie teraz. To było zbyt poważne, przecież jeśli się nie zgodzi to i tak dojdzie do tego ślubu. Dostanie imperiusem i bez żadnych zahamowań powie ‘tak’ przed ołtarzem.
-Wiesz co? Za dwa dni pójdziesz na to przyjęcie i poznasz swojego przyszłego męża. Może jakimś cudem coś zaiskrzy między wami i będziesz szczęśliwa, że to z nim masz spędzić resztę życia?- spytała ironicznym tonem Drea, jednak widząc niezadowolone spojrzenie przyjaciółki zmuszona była dokończyć wywód bardziej optymistyczną nutą.- A jeśli tak się nie stanie…
-Bo się nie stanie…
-To…- kontynuowała nie zwracając uwagi na komentarz Evelyn- będziemy miały cały rok na przemyślenia. Głowa do góry Eve, sama wiesz, że mamy niezłą wyobraźnię.
Brunetka mimowolnie uśmiechnęła się. Tego jej brakowało, dobrego słowa. No i racja mają cały rok.
Wstała.
-Wiesz, prawdę mówiąc nie musiałaś przychodzić, sama dałabym sobie radę- mruknęła Evelyn przybierając ironiczny wyraz twarzy. Andrea twierdząco pokiwała głową, po czym cmoknęła przyjaciółkę w policzek.
-Do zobaczenia histeryczko.
-Oby jak najpóźniej- odrzekła Eve puszczając przyjaciółce oczko.
Andrea deportowała się pozostawiając Vreeland samą.
-Pettigrew.
-Tak panie?- młodzieniec o niezmiernie przerażonych oczach ukląkł przed mężczyzną zajmującym pokaźne siedzenie wyglądem przypominające tron. Bał się go. Zresztą, strach był jedynym powodem wstąpienia w szeregi Czarnego Pana przez młodego Pettigrew.
-Mam dla ciebie zadanie.
-Dla ciebie wszystko, mój panie- wydukał płaszcząc się przed Voldemortem.
komentarze [27]
napisane przez: Lau.
dnia, o godzinie: niedziela, 10 czerwca 2007 , 22:37:21
rozdziały: |
prolog. | |
jeden. | |
dwa.
| |
dwa i pół. |
tytul:Prolog.
A więc powracam… nowa szata graficzna, adres, nowe opowiadanie…
Prolog krótki, dedykowany Lance vel. Martine motywującej mnie do dalszego działania, oraz autorce bloga exclusive-life za pamięć o destiny, choć teraz bądź-a-klęknę. Zapraszam.
-TATO!
„Łzy są oznaką słabości”, przetarła twarz dłonią. Nigdy nie była słaba, czy też zawsze kreowano ją na silną.
-Tato, proszę!
Chciała biec, jednak wszelki ruch uniemożliwiała kobieta trzymająca jej dłoń. Dlaczego nie chciała puścić, pozwolić się pożegnać… odejść?
-NIE ZOSTAWIAJ MNIE TU!
Ojciec małej powoli znikał za pagórkiem rozpościerającym się tuż przed domostwem rodziny, która przed chwilą przejęła prawną opiekę nad dziewczynką.
Nie chciała się poddać, nie mogła.
-TATO!
Nie było już go widać… odszedł.
-Nie zostawiaj mnie samej, proszę- szepnęła załamana. Świat zaczął się walić… cegła po cegle.
Samotność, może nie będzie aż tak źle? Optymistyczne nastawienie głupiego człowieka.
-Tato...
Mogła być słaba, to zależało od niej, nikogo innego. Płakała.
Kobieta puściła jej dłoń, po czym kucnęła przed nią.
-Evelyn, on nie wróci- mruknęła odgarniając brązowe kosmyki z twarzy dziewczynki.
Nie, nie było to pocieszenie, zwykłe stwierdzenie faktu.
-Wróci…- nie dopuszczała do siebie innej myśli. Musiała mieć rację, inaczej być nie mogło.
-Logiczne jest, że nie. Do środka.
-TATO!
Otworzyła oczy…
Znowu ten sam pokój, zero pozostałości po niedawnej scenerii. A więc to był sen, zwykły sen.
Podparła się na łokciach i rozejrzała wokoło. Sowa siedząca na parapecie zdawała się pytać „co się stało”, jakże troskliwe zwierze.
-Zwykły sen…- mruknęła szatynka nie będąc pewną swoich słów. Nie, to było coś gorszego- wspomnienia, których nie dało się zmienić, mimo najszczerszych chęci.
Położyła się, po czym przykryła twarz kołdrą. Nie żeby się bała, najzwyczajniej z przyzwyczajenia.
W tym momencie przestał interesować ją owy sen, czy też wspomnienie, to, że rozmawiała z sową, bądź fakt, że do szkoły wraca za niecałe pięć dni. Chciała po prostu spać.
Ból, nienawidził bólu, jednak potrafił sobie z nim poradzić. Zwątpienie w racje Czarnego Pana nigdy nie wychodziło mu na dobre, jednak w tym momencie miał szczere intencje.
To wszystko przez tą głupią Vreeland, która niepotrzebnie wchodzi mu w drogę... mieszka w willi jego rodziny.
-A niech to- mruknął zaciskając pięści. Był to jeden z wielu sposobów zneutralizowania bólu.
Powiedział tylko, że nie wydaje mu się, iż Vreeland powinna być obecna podczas wizyty Pana w jego rezydencji… czy to, aż tak wiele?
„Czyżbyś wątpił w moje słowa Abraxasie?
Nie panie…
A jednak, Crucio”
Chwila nieuwagi, zbyteczne słowa…
Evelyn Vreeland, istota konfliktu.
komentarze [19]